awaryjne silniki, Saab, Renault, Nissan, Volkswagen, usterki silników, raport awaryjności, motoryzacja, porady zakupowe

5 aut, które miały wyjątkowo awaryjne silniki. Saab, Renault, Nissan i Volkswagen – pełna lista wstydliwych wpadek producentów

Świat motoryzacji kocha legendy: kultowe modele, niezniszczalne silniki, rekordowe przebiegi. Ale jest też druga strona medalu – konstrukcje, które inżynierom absolutnie „nie wyszły”. Jednostki, które zamiast zachwycać osiągami, zasłynęły lawiną usterek, dramatycznymi kosztami napraw i tysiącami wściekłych właścicieli na forach internetowych. Ten artykuł to szeroki, merytoryczny raport o pięciu autach znanych z wyjątkowo awaryjnych silników – od Saaba, przez Renault i Nissana, aż po Volkswagena.

To nie jest tekst przeciwko tym markom. Wielu z nich ma genialne konstrukcje, ale nawet najlepszym zdarzają się spektakularne potknięcia. I właśnie o tych potknięciach dzisiaj porozmawiamy – w stylu ostrego magazynu o ogromnym zasięgu, dokładnie tak jak w BILD: bez filtrów, bez ściemy, tylko fakty, przykłady i realne historie kierowców.


Saab – gdy świetny pomysł spotkał się z fatalnym wykonaniem

Saab to marka uwielbiana przez pasjonatów. Samochody wyjątkowe, niepowtarzalne, futurystyczne. Ale jeden silnik okazał się problemem tak dużym, że do dziś jest jednym z najczęściej opisywanych błędów skandynawskiego producenta. Chodzi o jednostki 2.0 i 2.3 Turbo z lat 1998–2004, znane ze spektakularnych awarii smarowania.

Silniki te montowano m.in. w Saabie 9-3 oraz 9-5. W teorii miały być świetne: mocne, elastyczne, przyjemne do strojenia, o ogromnym potencjale. W praktyce okazały się tykającą bombą – i to dosłownie, bo najczęstszą przyczyną zgonu była katastrofalna awaria olejowa, która kończyła się zatarciem silnika.

Problem wynikał z kilku czynników. Przede wszystkim olej w tych jednostkach miał tendencję do przegrzewania się. Niewydolny układ wentylacji skrzyni korbowej powodował odkładanie się nagaru. Ten z kolei zatkał sitko smoka olejowego – a reszta była już tylko kwestią czasu. Właściciele jeździli normalnie, a potem nagle zapalała się lampka oleju, po czym silnik gasł na zawsze.

W sieci jest mnóstwo historii kierowców, którzy kupili zadbane egzemplarze z niskim przebiegiem, a jednak silnik ulegał zatarciu przy 120–160 tys. km. Koszty regeneracji? Nawet 8–12 tys. zł, jeśli trafiało się do renomowanego warsztatu.

Saab próbował ratować sytuację aktualizacją PCV do wersji „#6”, ale dla wielu kierowców było już za późno. Mimo wszystko auta te nadal mają grono fanów – bo gdy silnik jest już „po remoncie”, potrafi działać długo. Jednak w zestawieniu najbardziej awaryjnych konstrukcji Saab 2.0/2.3 Turbo z tamtych lat musi się znaleźć.


Renault – gdy piękne nadwozie nie uratowało katastrofalnego silnika

Renault w swojej historii stworzyło genialne jednostki, ale zdarzyło się też coś, czego do dziś wstydzi się cała marka. Mowa o słynnym 1.2 TCe (H5F), montowanym w takich modelach jak Megane, Clio, Captur, Scenic czy Kadjar. Konstrukcja miała być ekonomiczna, elastyczna i dostosowana do nowych norm ekologicznych. Niestety, wyszło odwrotnie.

Jednostka 1.2 TCe zasłynęła z horrendalnego zużycia oleju. W wielu przypadkach silnik potrafił spalać nawet 1 litr oleju na 1000 km – i to w autach mających przebiegi poniżej 100 tys. km. Do tego dochodziły problemy z rozciągającym się łańcuchem rozrządu, co prowadziło do przestawiania faz, braku mocy, szarpania i w końcu całkowitej destrukcji jednostki.

Renault przez kilka lat ignorowało problem, twierdząc, że „to normalne”. Jednak gdy zaczęły napływać setki skarg, a silniki masowo umierały przed 150 tys. km, marka nie miała wyboru i w końcu uznała istnienie wady fabrycznej. W wielu krajach rozpoczęto akcje serwisowe, a część silników wymieniano na gwarancji.

Najbardziej znane przypadki dotyczą modeli z początku produkcji – około 2012–2015. Właściciele opisywali w sieci identyczne historie: świeżo kupiony samochód, regularny serwis, a mimo to ogromne spalanie oleju i konieczność wymiany rozrządu nawet co 40–60 tys. km.

Jeśli ktoś kupi dziś Renault z tym silnikiem i nie zwróci uwagi na historię olejową, ryzykuje wydatek rzędu 6–10 tys. zł. Z tego powodu 1.2 TCe jest jednym z najbardziej awaryjnych silników w historii francuskiej marki.


Nissan – gdy oszczędność producenta zabiła świetny samochód

Kolejnym przykładem błędnej konstrukcji jest Nissan, a dokładniej silnik 1.2 DIG-T, który tak naprawdę jest… dziełem Renault. Montowano go m.in. w Nissanach Qashqai, Juke i Pulsar.

Właściciele tych modeli bardzo szybko zauważyli, że „coś jest nie tak”. Objawy obejmowały spadki mocy, zwiększone spalanie oleju, nierówną pracę i kontrolkę Check Engine zapalającą się co kilka miesięcy. Winowajca? Ten sam, co w Renault – masowe zużycie oleju i rozciągający się łańcuch rozrządu.

To ironiczne, bo japońska marka słynęła z niezniszczalnych jednostek 1.6 czy 2.0 wolnossących, które uchodziły za jedne z najlepszych na świecie. Niestety, czas ekonorm wymusił downsizing, a w efekcie Nissan również dostał „w pakiecie” najbardziej awaryjny silnik Renault.

W sieci nietrudno znaleźć kierowców Qashqaia, którzy musieli wymieniać całe jednostki przy przebiegach około 80–120 tys. km. Niektórzy dostali po gwarancji nowe silniki – inni nie mieli tyle szczęścia. Koszty naprawy kompletu rozrządu z osprzętem? 3500–5000 zł. Remont zużytego silnika? Minimum 8–12 tys. zł.

Co ciekawe, w późniejszych latach Nissan próbował ratować reputację aktualizacjami oprogramowania i poprawionymi częściami, ale szkody wizerunkowe już się dokonały. Wielu użytkowników unika dziś modeli z tym silnikiem jak ognia – i trudno im się dziwić.


Volkswagen – marka zbudowana na legendzie trwałości, która zaliczyła kolosalną wpadkę

Koncern VAG jest kojarzony z popularnymi, trwałymi konstrukcjami – od kultowego 1.8T, przez 1.9 TDI, aż po silniki VR6. Ale w historii Volkswagena również zdarzyła się poważna, globalna wpadka. Chodzi o silniki 1.4 TSI z rodziny EA111, produkowane w latach 2006–2012. Były montowane w Golfach, Jettach, Passatach, Tiguanach, Touranach, Octaviach, Ibizach i wielu innych modelach grupy.

W teorii była to konstrukcja genialna. Lekki, dynamiczny silnik z turbodoładowaniem (a w wersji Twincharger – jeszcze z kompresorem). W praktyce wyszło fatalnie, bo jednostka cierpiała na trzy poważne problemy:

• ekstremalnie awaryjny łańcuch rozrządu, który potrafił przeskoczyć nawet przy zimnym rozruchu
• zużycie tłoków i pierścieni, prowadzące do wysokiego poboru oleju
• awarie kompresora w wersjach Twincharger

To była prawdziwa katastrofa. Właściciele Golfów VI, Leonów II czy Octavii II narzekali, że ich auta nagle tracą moc, szarpią, gasną i zapalają kontrolki. W wielu przypadkach rozrząd przeskakiwał o kilka zębów i prowadził do zniszczenia silnika.

Do dziś warsztaty specjalizujące się w VAG-ach mają pełne ręce roboty przy tych jednostkach. Wielu kierowców twierdzi, że 1.4 TSI EA111 to „najgorszy silnik w historii Volkswagena”. I trudno się z tym nie zgodzić.

Oczywiście późniejsza generacja EA211 była już znacznie lepsza, ale lata 2008–2012 zapisały się w historii koncernu jako czas ogromnej liczby reklamacji i utraconego zaufania.


Dlaczego te silniki były tak awaryjne? Analiza techniczna i ekonomiczna

W przypadku każdego z opisanych producentów występowały różne problemy konstrukcyjne, ale można zauważyć pewne wspólne elementy, które doprowadziły do tych spektakularnych awarii.

Po pierwsze – downsizing. Normy emisji wymusiły zmniejszenie pojemności i dodanie turbosprężarek. W efekcie silniki zaczęły pracować na granicy możliwości. Mniejsze komory olejowe, wyższe temperatury, mniej wytrzymałe elementy – wszystko to prowadziło do przyspieszonego zużycia.

Po drugie – oszczędności producentów. Naciągane łańcuchy, cienkie pierścienie, słabe napinacze, wrażliwe turbosprężarki – wiele części było po prostu zbyt delikatnych. W latach 2008–2015 cała branża zaliczyła ogromny skok kosztów ekologicznych i technologicznych, a jednocześnie próbowała oszczędzać, gdzie się dało. Efekt? Wpadki.

Po trzecie – długie interwały serwisowe. Teoretycznie miały obniżać koszty, ale w praktyce prowadziły do odkładania się nagaru i gorszego smarowania. Wiele silników, które producent przewidział do wymiany oleju co 30 tys. km, tak naprawdę powinno być serwisowane co 10–12 tys.

Po czwarte – niedopracowane systemy smarowania. To właśnie one były głównym winowajcą w Saabach i Renault/Nissanach.


Czy warto kupić dziś auto z jednym z tych silników? Odpowiedź nie jest oczywista

Wbrew pozorom – nie wszystkie egzemplarze są złe. Wiele z nich przeszło gruntowne remonty lub modyfikacje, które wyeliminowały fabryczne wady. Jeśli silnik jest po regeneracji, zaktualizowanym PCV, nowym rozrządem czy poprawionymi tłokami, może działać bardzo długo.

Kluczowa jest dokumentacja. Kupno auta z 1.4 TSI, które ma wymieniony rozrząd po 2020 roku, jest znacznie mniej ryzykowne. Renault 1.2 TCe po wymianie tłoków i pierścieni też może być bezproblemowe. Saab po modernizacji PCV może przejechać kolejne 200 tys. km.

Problem jest inny – jeśli kupisz egzemplarz, który nie przeszedł napraw, ryzykujesz ogromne koszty już na dzień dobry.


5 najbardziej awaryjnych silników, które powinien znać każdy kupujący

Saab, Renault, Nissan i Volkswagen to cztery marki z długą, szanowaną tradycją. Każda ma w swojej historii genialne konstrukcje, ale każda zaliczyła również poważną wpadkę. W wymienionych modelach i silnikach dochodziło do naprawdę dotkliwych usterek – od zatarć, przez problemy z olejem, aż po fatalny rozrząd.

Najważniejszy wniosek jest prosty: przed zakupem auta używanego nie liczy się marka, rocznik ani wygląd. Liczy się konstrukcja pod maską i jej historia serwisowa. Jednostka słynąca z awarii to tykająca bomba, chyba że została już profesjonalnie naprawiona. Dzięki temu zestawieniu możesz uniknąć wpadki, która kosztowałaby cię nawet 10–15 tys. zł.

Przewijanie do góry